Na biurku Oli


Dzisiaj druga część naszej babskiej wyprawy! Kto przegapił pierwszą część zapraszam tutaj.  My już po zakupach, pora ruszać dalej. Dzisiaj wylądowałyśmy w nieco mniejszym Primarku, z którego piechotką udałyśmy się do Hyde Parku. Chwila spacerku, odpoczynku i ruszamy znowu na metro, by stamtąd dostać się do Muzeum Historii Naturalnej.

 


 





 Wysiadłyśmy zaraz obok muzeum.... a tam niespodzianka :) Lodowisko, karuzela, pełno ludzi i dzieciaków.  Generalnie fajnie tak stać i patrzeć jak komuś coś nie wychodzi. Żeby nie było, my nie odważyłyśmy się zaprezentować swoich umiejętności (kabaretowych trzeba by dodać).



Kolejka przed muzeum zaczynała się już na chodniku. To może groźnie wyglądać, ale w rzeczywistości stałyśmy z 10 minut. Dałyśmy radę :)



Uwielbiam takie budynki! W takich momentach żałuję, że nie dorobiłam się jakiegoś przyzwoitego aparatu. Ale będzie na następny wyjazd. Musi być :)


...kiedy człowiek zaczyna się nudzić..

 




Wstęp do muzeum jest darmowy, zresztą jak do większości muzeów w Londynie. Podczas pobytu tutaj nie możecie nie zobaczyć chociaż jednego. My miałyśmy zahaczyć jeszcze o British Museum. Skończyło się na tym, że podziwiałyśmy je zza płotu ;)

 






Po wizycie w muzeum szybka kawka i można pędzić dalej. Nie ma czasu na siedzenie i marudzenie jak bolą nogi. Trzeba jeszcze tyle zobaczyć!



Punkt następny... Harrdos. Sklep w którym zdecydowanie więcej zwiedzających niż kupujących. Sklep, w którym sami sprzedawcy wyglądają jak dziesięć milionów (szczególnie jeden, podobny do Pattinsona..mniam, mniam :)



Kiecki Victorii Beckham. Na cenę spojrzałyśmy z czystej ciekawości. 500 funciaków? Phi.. kupie sobie następnym razem.


Zdjęcie w budce musi być. Zastanawiam się, czy to już tylko atrakcja turystyczna, czy faktycznie ktoś z nich jeszcze korzysta?


Pędzimy dalej! Szybko! Szybko!



Tutaj odbywają się największe premiery filmowe. Tutaj nawet obiecałam sobie przyjechać na jedna premierę. Obiecać obiecałam, wyszło jak zwykle.... Plac pod kinem Odeon.




Piccadilly Circus. Miałyśmy nadzieję,  że standardowo jak wszyscy przysiądziemy chwilę przed pomnikiem, zjemy kanapki i dopiero potem ruszymy dalej. A tu ci niespodzianka. Pomnik zakrytą niezidentyfikowanym tworem podobnym do kuli i przysiąść nie bardzo było gdzie. Obstawiam, że pomnik szykują na święta i stworzą jedną, wielką kulę świąteczną. Niech mnie uświadomi ktoś mieszkający w Londynie czy się mylę.



Z Piccadilly blisko na Trafalgar Square. Zrobiło się ciemno i generalnie przeżyłyśmy swoją wielką, babską tragedię wycieczkową. Wysiadły nam aparaty.... to końca wycieczki musiałyśmy zadowolić się zdjęciami z telefonu. A miałyśmy jeszcze zrobić tyyyleee zdjęć...

 




U Elki jak zwykle masa ludzi. Szybkie pstryk, pstryk i uciekamy dalej.



Od Elki spacerkiem podreptałyśmy tam, gdzie zazwyczaj wszyscy zaczynają swoje Londyńskie zwiedzanie. 

Swoją drogą... jeśli ktoś Wam wmawia, że nie ma sensu zwiedzać Londyn wieczorem...nic bardziej mylnego! Podświetlony Londyn wygląda magicznie! Może i telefony nie dały rady ująć tego na zdjęciach... ale tym bardziej niech zachęcie to was do odwiedzenia tego miejsca. Warto!



Spod London Eye udałyśmy się piechotą w stronę Tower Bridge. Naprawdę szkoda przejechać ten kawałek metrem. Widoki na zewnątrz są rewelacyjne. O tej porze roku działa już jarmark świąteczny, na którym szybko można zagrzać się grzanym winkiem i iść dalej. Po drodze wpadamy jeszcze do Tate Modern ( w sumie bardziej za potrzebą... ale przy okazji zaliczyłyśmy kolejną atrakcję :)


Na koniec Tower of London. Wieczorem przepięknie oświetlony.


Lekko zmarznięte i śmiertelnie zmęczone wpadłyśmy coś schrupać.  Na przystawkę sałatka...


... a na danie główne, tradycyjne fish&chips. W końcu to Londyn! :)



Z pełnymi brzuchami udałyśmy się w stronę naszego hotelu, odebrać swoje bagaże. Miałyśmy cztery godziny do swojego autobusu, które spędziłyśmy na przemierzaniu nocnych uliczek. Odwiedziłyśmy SOHO, Chinatown....podziwiałyśmy (i komentowałyśmy :) nocne życie Londyńczyków. Szło nam to tak dobrze, że spóźniłyśmy się na swój autobus. W dodatku stałyśmy na złym miejscu. Wszystko działało przeciwko nam: autobus, którym miało być szybciej, a stał w korku dłużej niż przejście tej drogi przez stado ślimaków, zamknięte metro... latałyśmy (biegiem tego nazwać nie można:) z walizkami w ręku tam i z powrotem.

Zrezygnowane zaczepiłyśmy nawet jakiegoś biznesmena z auta..produkujemy się, męczymy, tłumaczymy o które miejsca nam dokładnie chodzi... on coś nam tam odpowiada.... i okazuje się, że to Polak. Oczywiście skwitowałyśmy to jak na Polaków przystało (na tyle, że nie przystoi tego tutaj zamieszczać). Koniec końców, facet i tak źle nas pokierował.

Wygrał babski instynkt. Jak zwykle. Morał z tego taki: nie słuchajcie się nikogo, na końcu i tak okaże się, że znajdziecie to sami :)

Padnięte, zmęczone... dotarłyśmy na lotnisko. Nie wiemy jak przeszłyśmy odprawę, jak dostałyśmy się na pokład samolotu. Bolało nas wszystko. Dosłownie. Łącznie z włosami na nogach.


Wróciłyśmy do Polski, przywitała nas ładna pogoda. Nie wiemy kiedy i jak znalazłyśmy się w łóżku, ale obudziłyśmy się dopiero w poniedziałek. A gdy już opadną emocje, nogi się podleczą i portfel przyjmie swój rozmiar sprzed wycieczki, bierzemy się za planowanie następnej babskiej wyprawy. Gdzie teraz? Co polecacie? Amsterdam? Paryż?Mediolan?
Share
Tweet
Pin
Share
4 komentarzy


Weekend w Londynie minął szybko. Zdecydowanie za szybko. Momentami nawet tak bardzo, że zapominałyśmy o wyciągnięciu aparatu. Cóż to była za wyprawa! Nie wiedziałam, że pisząc w ostatnich postach o intensywnym chłonięciu Londynu, zrobimy to w tak dosłowny sposób. Nasza angielska impreza rozpoczęła się w piątek i skończyła w niedzielny poranek na zatłoczonych uliczkach Londynu. O powrocie nie wspominam, bo generalnie wpadłyśmy i wypadłyśmy z samolotu. O szczegółach odprawy i dotarcia na same lotnisko niewiele możemy chyba powiedzieć :)


Ale zacznijmy od początku! Kto chętny do nas dołączyć?

Pierwsza część naszej wyprawy skupiła się głównie na zakupach. Być w Londynie i nie odwiedzić Primarka? Nie ma takiej opcji! :) Dopiero kiedy spełniłyśmy ten jakże miły obowiązek, ruszyłyśmy dalej.


Generalnie do samego czwartku nie przejmowałam się tym, że gdziekolwiek jadę. Pakowałam się wieczorem. Lekki stres dopadł mnie rano, ale wtedy nie było już czasu nad czymkolwiek się zastanawiać. Przerażała mnie pusta walizka i strach, że czegoś zapomniałam. Przecież to takie w moim stylu :)


Najmniej przyjemną częścią każdej podróży jest czekanie. Oooo tak. Każde czekanie jednak można sobie odpowiednio urozmaicić :)



 Dla której z nas to pierwszy lot w życiu ?


To, co w lotach najlepsze to widoki. Wylatujesz z zachmurzonej Polski i chwilę potem podziwiasz piękne widoki nad chmurami.  I jak tu nie robić zdjęć?


Po dwóch godzinach...wylądowałyśmy!


Z Lotniska do miasta jechałyśmy już tradycyjne Easybusem. Za zarezerwowane wcześniej bilety płaciłyśmy ok. 5 funciaków w jedną stronę. Takich połączeń jest tu całe mnóstwo, jeśli nie zależy ci zbytnio na wielkich oszczędnościach, to bilet możesz kupić spokojnie na miejscu. Nasz bus kończył drogę na Baker Street, skąd na piechotkę udałyśmy się do naszego hotelu.
 (Miał być hostel, udało się załapać na co innego-ale o tym w innym poście.)

                                                 
 Smartphone w wersji papierowej :)



Szybka kawka w pokoju, lekkie poprawki  lakiernicze i możemy lecieć do sklepu :)


O Primarku można powiedzieć wiele. Polacy "się tu nie ubierają, bo tych zarabiających w UK stać na coś lepszego." Nie zmienia to faktu, że to właśnie tu znajdziesz najwięcej ludzi ( w tym Polaków oczywiście!) i to tu stoisz w kilometrowych kolejkach. Ja osobiście-uwielbiam!



Pierwsze zakupy wyszły nam raczej marnie, generalnie nie wiedziałyśmy na co się zdecydować. I w ten sposób myślenie przeciągnęło się nam praktycznie aż do zamknięcia sklepu. Na pocieszenie pochłonęłyśmy dwie duże pizze i udałyśmy się na wieczorne zwiedzanie angielskich pubów.

Do pokojów wróciłyśmy późno. Bardzo późno. Jeszcze później położyłyśmy się spać z myślą, że trzeba się zwlec z łóżka z samego rana. Spałyśmy może trzy, cztery godziny? Pomijając Violkę, której wystarczyła dosłownie godzinka :)

  Szybka narada zarządu :)

  Nocne potworki kładą się spać :)


  Rano pobudka, szybki check-out i pędzimy na Primarkowe poprawiny.


Szybkie śniadanie w wykonaniu Oli... wczorajsza pizza mniam, mniam....nic nie smakuje lepiej.


Na pogodę nie mogłyśmy narzekać. Zero deszczu! Słoneczko! Czego chcieć więcej?


 Na dzisiaj zaplanowaliśmy oprócz zakupów także zwiedzanie. Bez travelki się nie obejdzie. Za to za niecałe 9 funtów możemy śmiało poruszać się cały dzień w obrębie dwóch stref, co bez problemu pozwoli na zwiedzenie wszystkiego, co z Londynie najważniejsze. Dotyczy nie tylko metra, ale też np. piętrowych busów :)  Ze względu na tempo jazdy polecamy mimo wszystko tą pierwszą opcję (szczególnie kiedy śpieszysz się na bus na lotnisko, ale to już w następnym poście :)



 Oxford Street. Czy my tu czasem wczoraj nie byłyśmy???




 Piętrusek musi być :)


...i jeszcze kilka..


 W Londynie już świątecznie!




Nie od dziś wiadomo, że my baby to takie większe dzieci.(Ciiiiiiiiii! ja wiem, ze tak mają faceci, ale co tu dużo ukrywać... nie wypadamy lepiej;)  Nie mogłyśmy się obyć bez szybkiej wizyty w Disney'u.  



 Po zakupach (w końcu wszystkie zadowolone!) chwila odpoczynku i w końcu można ruszyć dalej. Już nie na zakupy. Tym razem trzeba zobaczyć wszystko to,co zaplanowałyśmy.




Planów jak zwykle miałyśmy dużo. Czy wyszło? Zajrzyjcie do nas koniecznie!


Jeśli chcecie dowiedzieć skąd u nas taki pomysł zapraszam tutaj.  Dowiesz się gdzie szukać najtańszych biletów.




P.S.: Tutejszym kobietom zazdroszczę odporności i przyzwyczajenia. Szpilki i gołe stopy przy 5 stopniach? No problem.
Share
Tweet
Pin
Share
8 komentarzy
Older Posts

Follow Us

  • Twitter
  • Instagram
  • facebook

Facebook

Na biurku Oli

recent posts

Blog Archive

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Łączna liczba wyświetleń

O MNIE

  • WSPÓŁPRACA
  • O mnie
  • KONTAKT

Created with by ThemeXpose