Na biurku Oli


Czas na dalszą część wycieczki. Za nami połowa dnia, jeśli jeszcze nie mieliście okazji zajrzeć, zapraszam tutaj.



Tymczasem jesteśmy na szczycie Montmarte, przy słynnej bazylice Najświętszego Serca. Podobno, bazylika powstała w wyniku obietnicy złożonej przez dwóch żyjących tu niegdyś przemysłowców- przyrzekli sobie, że jeśli po wojnie zastaną Paryż takim jakim był, to wybudują bazylikę ku czci Serca Jezusowego. Jak powiedzieli, tak też zrobili.


Trzeba przyznać, że zrobili to z dość sporym rozmachem, a widok jaki rozpościera się z tego miejsca zapiera dech w piersiach. Nic więc dziwnego, że większość turystów przysiada tu na moment i podziwia panoramę Paryża.



To był nasz ostatni punkt w tym rejonie. Po chwili odpoczynku udaliśmy się na metro, którym dotarliśmy w miejsce zupełnie odmienne od tego, co dotychczas widzieliśmy.

La Defense to nowoczesne centrum biznesu, główna siedziba koncernów zagranicznych, a dla jeszcze innych- dzielnica samobójców. Wysokie do nieba budynki, nowoczesne, nieco futurystyczne kształty, ekskluzywne apartamentowce, centra handlowe... na mnie zrobiło ogromne wrażenie.



La Grande Arche to nowoczesna wersja łuku tryumfalnego, który jest przedłużeniem Paryskiej Osi Historycznej, w którym mieszczą się państwowe instytucje, galerie i biura. Jest ogromny! Bardzo chciałam pokazać to na zdjęciach, ale chyba się nie da :) Musicie zobaczyć koniecznie na żywo!



Pytałam szefowej, czy nie zechciałaby przenieść tutaj naszego biura... byłam chyba mało przekonywująca :)




Wizyta w tej dzielnicy to dobra okazja, żeby przejechać się żółtą linią metra (nr1), która jest w pełni zautomatyzowana. Niby nic, ale patrzenie na to z jaką dokładnością wagony podjeżdżają w konkretne miejsca bez pomocy motorniczego, albo podziwianie tuneli metra na samym przodzie na mnie robiło spore wrażenie. W Paryżu istnieją dwie takie linie.



Kilka ostatnich zdjęć....


... i wracamy w stronę bardziej "tradycyjnego Paryża". My udaliśmy się prosto pod wieżę Eiffla, ale powrót z tej dzielnicy to świetna okazja do tego, by zatrzymać się trochę wcześniej i zobaczyć Łuk Tryumfalny, a następnie udać się na Trodacero- z którego rozpościera się najpiękniejszy widok na wieżę- to tutaj wykonuje się najwięcej zdjęć ślubnych czy sesji do modowych magazynów. My z racji tego, że widzieliśmy je wcześniej, ominęliśmy je i udaliśmy się prosto do kolejki pod wieżą Eiffla.


Wspominałam o barierkach? Tak, pod wieżą też jest ich sporo. Maż twierdzi, że kiedyś też ich tutaj nie było. W każdym bądź razie, żeby dostać się pod samą wieżę, trzeba przejść podstawową kontrolę bezpieczeństwa, jeśli macie zamiar wyjechać czy wejść na wieżę to musicie zaliczyć drugą, bardziej podobną do tej znanych nam z lotnisk.


Sama wieża z daleka nie robi takiego wrażenia jak myślałam, Zdecydowanie trzeba do niej podejść, stanąć pod nią i dopiero kiedy zobaczymy ten ogrom żelaza, zdajemy sobie sprawę jak ogromna jest ta "żelazna dama". Zbudowana specjalnie na światową wystawę, niegdyś nielubiana i krytykowana, dziś symbol Paryża. Nie można tu być i nie wyjechać na sam szczyt. Zobaczcie sami!






Na wieży mieszczą się trzy poziomy zwiedzania- na dwa pierwsze można dostać się schodami lub windą, na najwyższy możemy wjechać tylko windą. Na szczycie spędziliśmy dość sporo czasu, w dodatku załapaliśmy się na piękny zachód słońca. Była pewna, że wieżę "zaliczymy" równie szybko co inne miejsca, ale zaczarowała nas na tyle, że spędziliśmy na niej mnóstwo czasu. Stanie w kolejce zajęło nam jakieś 30 minut, ale w sezonie warto zaopatrzyć się w bilety kupione online, ale uwaga- zamówić je można na min, miesiąc przed wizytą i bardzo szybką się wyprzedają-nie ma co zwlekać!




Wieczorami wieża jest pięknie podświetlona, a o pełnych godzinach mamy okazję zobaczyć niezwykłą, świetlną iluminację. Wieża była zwieńczeniem naszej całodniowej wycieczki, zaopatrzeni w francuskie bagietki i wino, rozsiedliśmy się na jednej z ławek i podziwialiśmy widok. Prawda, że pięknie?


Spod wieży spacerkiem udaliśmy się jeszcze w stronę Trocadero, gdzie załapałam się jeszcze na francuskie crepes z nutellą- chyba nie muszę dodawać, że niczego więcej do szczęścia mi nie trzeba? Siedzieliśmy tu do późnego wieczora- raz, że nie chcieliśmy się stąd ruszać, bo na następny dzień czekała nas droga powrotna, dwa- nasze nogi odmawiały posłuszeństwa. Wykończeni wróciliśmy do hotelu, a nazajutrz wieżę zobaczyliśmy już tylko z metra. Koniecznie musimy tu kiedyś wrócić. Wiecie jak to jest- kiedy jest się gdzieś po raz pierwszy, chce się zobaczyć i zabrać z danego miejsca jak najwięcej. Tak samo miałam ze swoim ukochanym Londynem.  Dlatego kolejnym razem wrócimy tu z zamiarem zgubienia się w wąskich uliczkach, bez z góry narzuconego planu, by odkryć te miasto zupełnie na nowo. Do szybkiego zobaczenia!



Jeśli martwicie się, że to koniec naszej francuskiej przygody to na pocieszenie dodam, że wkrótce zabieram was do Disneylandu! Nie przegapcie :)

Share
Tweet
Pin
Share
1 komentarzy


Z Paryża wróciliśmy kilkanaście dni temu, w końcu przyszedł czas, by podzielić się z wami moimi wrażeniami. We Francji miałam okazję być po raz pierwszy i bardzo zastanawiałam się, czy mój ukochany Londyn ustąpi miejsca romantycznemu Paryżowi.

Na zwiedzanie samego Paryża mieliśmy tak naprawdę cały jeden dzień i choć to bardzo mało by poznać i zobaczyć wszystko, śmiało mogę przyznać, że udało się nam zobaczyć najważniejsze dla mnie miejsca. Oczywiście nie mówię tutaj o oglądaniu wszystkiego dokładnie i na spokojnie (na sam Luwr musiałabym mieć co najmniej jeden dzień), ale mimo całego gonienia się, znalazł się też czas na słodkie siedzenie i "nicnierobienie".

Miejsc do zobaczenia jest całe mnóstwo i z pewnością każdy wybrałby inną trasę, ale jeśli tak jak ja zamierzacie wybrać się do Paryża po raz pierwszy, być może ta kolejność okaże się dla Was idealna.


Oczywiście dużo zależy też od samego miejsca, w którym się zatrzymacie. My swoją trasę rozpoczęliśmy od katedry Notre Dame. Głównie poruszaliśmy się metrem i jeśli tak jak my macie jeden dzień- odradzam wszelkie inne środki lokomocji. Sami też staraliśmy się dużo chodzić, bo nie chcieliśmy zwiedzać Paryża tylko z perspektywy metra, ale nie da się ukryć, że to co na mapie wydaje się nam "prawie blisko" i "całkiem daleko", w cale takie bliskie nie jest.


Na naszej trasie nie pojawi się też Łuk Triumfalny, bo ten jesteście w stanie zobaczyć po przyjeździe z lotniska- większość busów i autobusów z lotnisk zatrzymuje się jakieś 500 metrów od Łuku, więc tak jak my, możecie podejść zobaczyć go od razu :) Jeśli natomiast chcecie go wpisać w jednodniową wycieczkę to jak najbardziej się da, a o tym w którym momencie najlepiej to zrobić napiszę w dalszej części postu :)


Katedra, którą znałam oczywiście z bajki Disney'a, na żywo rzeczywiście robi spore wrażenie. Byliśmy tu jakąś chwilę po 9.00, więc sporo osób kręciło się wokół, ale do samej katedry udało się nam wejść dosłownie po 5 minutach stania w kolejce. Oczywiście na wejściu musieliśmy przejść kontrolę bezpieczeństwa, ale jak się później okazało, kontrolowano nas nawet przy wejściu do każdego większego marketu, więc śmiem twierdzić, że taki obraz niestety na stałe wpisze się w krajobraz Paryża.


Z racji tego, że Katedra była pierwszym punktem na naszej mapie, pełni sił postanowiliśmy do następnego punktu dotrzeć pieszo. Trochę nam to wprawdzie zajęło, ale sprzyjająca pogoda i piękne widoki szybko nam to wynagrodziły.



Z tymi kłódkami to jest tak, że widzę je w każdym większym mieście, ale nigdzie z mężem nie wpadliśmy na pomysł, żeby zawiesić swoją.  To oznacza tylko tyle, że trzeba w te miejsca jeszcze raz wrócić. Ja jestem za ;)







Sam spacer zajął nam jakieś pół godziny. Dotarliśmy do Luwru, gdzie obiecałam swojemu mężowi, że dam mu chwilę odpocząć. Dzień wcześniej wróciliśmy z Disneylandu, więc i mnie zmęczenie dawało się we znaki, ale trzeba to przyznać i głośno powiedzieć: sorry faceci, wy to jednak wszyscy cienkie Bolki jesteście. Amen.


Widzicie to ogrodzenie? Mąż mówi, że za jego czasów ani wieża Eiffla, ani Luwr nie były tak odgrodzone. Wprawdzie nie utrudnia to życia jakoś bardzo, ale z drugiej strony dość smutne jest to, w jakiej rzeczywistości przystało teraz Francuzom żyć.




Po chwili odpoczynku przy słynnych piramidach, postanowiliśmy kierować się powoli w stronę historycznej dzielnicy Paryża- Montmartee. Żeby tam dotrzeć, postanowiliśmy wsiąść w metro i po drodze odhaczyć jeszcze dwa inne punkty programu.


Pierwszym z tych punktów była Opera. Widzieliśmy ją wprawdzie tylko z zewnątrz, ale jeśli tylko macie na to więcej czasu, zachęcam was do tego by zobaczyć ją od środka- to tam moim zdaniem robi największe wrażenie.




Taa..... srają wszędzie, nie tylko w  Krakowie ;)



Drugi punkt to plac Pigalle i słynny Moulin Rouge- który, umówmy się na żywo nie robi jakiegoś szczególnego wrażenia. Sama dzielnica najwięcej zyskuje pewnie po zmroku, a do Czerwonego Młynu po prostu trzeba wykupić bilet i zobaczyć występ na żywo. Po tym wszystkim można usiąść w któreś z pobliskiej kawiarni i napić się lampki wina. Za dnia można ten punkt po prostu tylko "odhaczyć" na mapie :)



Zbliżaliśmy się do pory obiadowej, a że w okolicy znajdowało się miejsce, gdzie planowaliśmy zjeść, postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na obiad. Miejsc godnych polecenia jest oczywiście sporo, ale jeśli planujecie typowo "budżetowy" wyjazd to warto wiedzieć, w których miejscach nie zapłacimy majątku, ale o tym już w osobnym poście.




Naszą dalszą podróż kontynuowaliśmy pieszo. Niestety, nie jest łatwo, bo Montmartee znajduje się na wzgórzu, ale chodzenie po ciasnych uliczkach Paryża ma swoje plusy. Raz, że w takich miejscach ma okazję zobaczyć się miasto bez miliona turystów, a dwa- można natknąć się na ciekawe miejsca czy rzeczy- nas kompletnie zauroczyły tutejsze formy graffiti (czy to tak można nazwać?), po raz pierwszy zupełnie mi nie przeszkadzały, a nawet dodawały uroku. W końcu zbliżaliśmy się do miejsca znanego z tutejszych artystów.





Takim miejscem niewątpliwie jest Place du Tetre- wypełniony licznymi artystami, otoczony mnóstwem kafejek i knajpek, w których zmęczeni Francuzi i turyści zajadali się miejscowymi specjałami. W tej okolicy mieszkało niegdyś sporo znanych malarzy, m.in. Pablo Picasso.





Stamtąd dotarliśmy na samą górę, gdzie zza budynków powoli wysuwał się widok naszego kolejnego przystanku....  ale o tym już w kolejnym poście :)



Share
Tweet
Pin
Share
3 komentarzy
Older Posts

Follow Us

  • Twitter
  • Instagram
  • facebook

Facebook

Na biurku Oli

recent posts

Blog Archive

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Łączna liczba wyświetleń

O MNIE

  • WSPÓŁPRACA
  • O mnie
  • KONTAKT

Created with by ThemeXpose